Wracam z nowym rozdziałem!
Pewnie nikt nie został, ale i tak zamierzam dalej publikować to opowiadanie. Dzięki mojej przyjaciółce powróciła wena i chęć dalszego pisania! Przepraszam bardzo, że tak długo mnie nie było. Niedługo pojawią się nowe rozdziały, a póki co daję rozdział 11, który fakt faktem napisałam już dawno, ale nie miałam czasu go opublikować.
********************
~
Percy ~
Staliśmy wtuleni w siebie, gdy nagle usłyszałem trzepot
skrzydeł i skrzeczenie. Annabeth też musiała to chyba usłyszeć, bo spojrzała na
mnie ze zdziwieniem i niepokojem w oczach. Wsadziłem rękę do kieszeni, aby
sięgnąć Orkana, który zawsze tam był, tak jak i teraz. Nagle nad moją głową coś
przeleciało. Szybko się odchyliłem i kazałem Ann klęknąć, bo wiem, że nie miała
ze sobą żadnej broni. Wychyliłem się delikatnie i zauważyłem, że nad naszym
balonem fruwają harpie. Dobrze, że już wylądowaliśmy, bo Annabeth mogła skryć
się w koszu balona, a ja w spokoju mogłem stoczyć walkę na ziemi, gdzie czułem
się o wiele pewniej niż w powietrzu. Szkoda tylko, że nie ma gdzieś w pobliżu
wody. Ech to by było już spełnienie marzeń …
- Annabeth zostań tu, proszę…
- Nie Percy, chce pomóc!
- Nie masz czym walczyć, ukryj się tu i nie wychylaj, dam
rade – powiedziałem i puściłem jej oczko. Zrezygnowana przytaknęła lekko głową
i przykucnęła chowając się za krawędzią kosza. Nie wierzyłem, że poszło tak
łatwo. Wiedziała, że ze mną nie wygra, ale myślałem, że będzie się dłużej
wykłócała.
Szybko wybiegłem z naszego ukrycia, dzięki czemu
zwróciłem na siebie uwagę atakujących nas stworzeń. Odblokowałem mój miecz i
ciąłem w skrzydła pierwszą z nich, która zdążyła już sfrunąć wprost na mnie.
Momentalnie rozsypał się na mnie złoty pył. Powtórzyłem tę czynność kilka razy.
Gdy walczyłem z jedną z nich, dwie inne zaatakowały mnie od tyłu łapiąc moje
ramiona i unosząc w górę. Próbowałem się wyrwać i mało co nie straciłem Orkana.
Zamachnąłem się raz jeszcze i ciąłem jedną z nich w skrzydło. Zaczęła spadać w
dół, a ponieważ druga nie mogła mnie utrzymać sama, powoli zaczęliśmy opadać w
dół. Gdy dotknąłem już ziemi, chwyciłem mój miecz pewniej w ręce i zaatakowałem
wciąż trzymającą mnie za rękę harpie. Odciąłem jej odnóża, a następnie pchnąłem
mieczem wprost w jej brzuch przebijając ją na wylot, a po chwili widziałem już
dobrze mi znany pył. Podbiegłem szybko do rannej harpii, która miotała się po
tym, jak mnie puściła i opadła na ziemię. Wbiłem ostrze w sam środek piersi
potwora, gdzie znajduje się serce, a potwór się rozsypał. Obejrzałem się
dookoła i zauważyłem, że to już wszystkie. Idąc w stronę kryjówki Annabeth,
zauważyłem ślady toczonej walki. Czyli mnie nie posłuchała i walczyła, tylko
czym? Wchodząc do kosza zauważyłem skuloną Ann.
- Wszystko okej? Nic ci nie zrobiły? Nie zraniły cię?
- Tak, wszystko ok. Nie, nic mi nie zrobiły, przecież nie
walczyłam, jak miały mnie zranić? Lepiej powiedz, czy z tobą wszystko w porządku.
- Po pierwsze, to mnie nie oszukasz, bo wiem, że
walczyłaś, tylko nie wiem czym i mam nadzieję, że mnie oświecisz. A po drugie,
to tak, ze mną wszystko w porządku.
- Ugh… skąd wiesz? – powiedziała zdziwiona i spuściła
głowę.
- Nie widziałem jak walczyłaś, ale widziałem ślady walki
koła balona, a ja tam nie stoczyłem ani jednej
walki skarbie – powiedziałem z uśmiechem na ustach. Chciało mi się
śmiać, bo tak naprawdę nic się nie stało, a Ann potraktowała chyba moją uwagę,
jakbym był zły. – Ale mniejsza. Wracajmy już do Obozu. Pewnie jesteś zmęczona.
- Tak wracajmy.
Otworzyłem drzwi od strony pasażera i zamknąłem po tym,
jak dziewczyna już wygodnie siedziała. Obszedłem samochód i go odpaliłem.
- Będziemy musieli poinformować o tym Chejrona –
powiedziała po chwili ciszy.
- Tak wiem, ale obawiam się, że przez to każdy obozowicz
straci jakąkolwiek szanse na to, że na jakiś czas będzie mógł opuścić Obóz.
Chejron nie wyrazi już na to zgody w obawie przed takimi atakami.
- Trudno, ważniejsze jest życie niż możliwość rozerwania
się.
- Masz rację. A jeśli mowa i rozerwaniu to jak się dziś
bawiłaś?
- Było naprawdę wspaniale. Nigdy nie miałam lepszych
urodzin. Dziękuję – powiedziała, po czym nachyliła się i złożyła delikatnego
całusa na moim policzku.
~
Annabeth ~
Po powrocie do Obozu Percy zabrał mnie na plażę.
Siedzieliśmy tam do późna, a potem poszliśmy do jego domku. Bardzo mu zależało,
żebym spała dziś u niego. Zgodziłam się, bo chciałam mu tym choć w małym
stopniu podziękować za dziś. Gdy weszliśmy do środka, Percy wyjął z szafy dwie
koszulki.
- Proszę – podał mi jedną. Wzięłam ją i poszłam do
łazienki. Wzięłam szybki prysznic i wyszłam. Położyłam się na łóżku Percy’ego,
a tym razem to on udał się do łazienki. Wykąpani leżeliśmy w łóżku i
wspominaliśmy zarówno dzisiejszy dzień, jak i pozostałe sprzed 6 lat.
- Jeszcze raz dziękuję Ci za ten dzień. To był
najpiękniejszy dzień w moim życiu i najlepsze urodziny jakie mogłam sobie
kiedykolwiek wymarzyć.
- Nie masz za co dziękować księżniczko. Wszystko co dla
ciebie robię, robię z miłością.
- Wiesz Percy, boję się tego co ma się wydarzyć…
- Ja też się boję i choćbym nie wiem jak starał się
zapomnieć, nie wychodzi mi to. Tak bardzo boję się o ciebie, o Obóz, o naszych
przyjaciół. – po tym jak to powiedział, stwierdziłam, że muszę mu powiedzieć o
tym co mi się śniło tej nocy.
- Dziś rano, jak pytałeś czy wszystko okej, powiedziałam,
że tak, bo nie chciałam cię martwić. Tak naprawdę znów miałam koszmar. Był
bardzo nie wyraźny i w sumie ledwo widziałam dwie osoby, ale słyszałam ich
rozmowę. Jedna postać była zakapturzona, a drugiej twarzy nie widziałam, bo
stała tyłem, ale słyszałam jak mówił do tej pierwsze „pani”. Była mowa o
naszych treningach, o tym, że musisz umrzeć i o jakiejś przepowiedni. To było
bardzo dziwne, bo przecież nie wiadomo ci stało się z Apollo, a Rachel od dawna
nie ma już wizji. Przynajmniej tak mi się wydaje, nie kontaktowała się ostatnio
z nami. Najgorsze było to, jak powiedzieli, żebyśmy się nacieszyli ostatnimi
chwilami, bo ty niedługo zginiesz, a ja miałam sen jak ty umierasz, a ja nie
mogę nic zrobić i zostaję pojmana. – zaczęłam płakać na wspomnienie tego snu.
- Annabeth nie płacz, proszę. Ten sen wcale nie musi się
spełnić. Ja będę uważał i nie pozwolę cię skrzywdzić. Mi śniło się jak zostałaś
pojmana i byłaś cała poobijana, przywiązana do jakiegoś słupa.
- Wydaje mi się, że powinniśmy powiadomić o tym Chejrona.
Nauczyłam się już, że jak się coś istotnego przed kimś ukrywa, to się potem źle
kończy…
- Tak, ale to już jutro, teraz śpij, Dobranoc –
powiedział i pocałował mnie w czoło.
- Dobranoc - odpowiedziałam i wtulając się w jego ciepły
tors usnęłam.
***
Nad ranem obudziły mnie promienie słońca przedzierające
się przez odsłonięte okna. Chciałam się przeciągnąć, ale ręce Percy’ego
owinięte wokół mojej talii mi to uniemożliwiły. Spojrzałam na chłopaka, który w
dalszym ciągu słodko spał. Delikatnie uniosłam jego rękę i weszłam do łazienki,
aby wziąć szybki prysznic. Zabrałam swoje szorty, które zostawiłam tu po
ostatnim incydencie, obozową koszulkę i weszłam to niedużego pomieszczenia.
Gdy ubrana wyszłam do pokoju Percy stał przed szafą
wybierając ciuchy na dziś. Zauważyłam, że łóżko było już pościelone, więc
musiał wstać trochę wcześniej.
- Dzień dobry – powiedział i cmoknął mnie w usta
- Hej – odpowiedziałam
- Jak się spało?
- Cudnie, chciałabym tak częściej wstawać – powiedziałam
z uśmiechem
- Musisz jeszcze trochę poczekać – mrugnął – a na razie
zaczekaj na mnie, wezmę prysznic i pójdziemy na śniadanie.
- Okej – odpowiedziałam krótko i usiadłam na łóżku
chłopaka.
Po 10 minutach wyszedł wykąpany i ubrany. Splątaliśmy
nasze palce i ruszyliśmy na śniadanie, na które i tak byliśmy już spóźnieni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz