niedziela, 15 listopada 2015

Rozdział 11

Wracam z nowym rozdziałem! 
Pewnie nikt nie został, ale i tak zamierzam dalej publikować to opowiadanie. Dzięki mojej przyjaciółce powróciła wena i chęć dalszego pisania! Przepraszam bardzo, że tak długo mnie nie było. Niedługo pojawią się nowe rozdziały, a póki co daję rozdział 11, który fakt faktem napisałam już dawno, ale nie miałam czasu go opublikować. 
********************


~ Percy ~
Staliśmy wtuleni w siebie, gdy nagle usłyszałem trzepot skrzydeł i skrzeczenie. Annabeth też musiała to chyba usłyszeć, bo spojrzała na mnie ze zdziwieniem i niepokojem w oczach. Wsadziłem rękę do kieszeni, aby sięgnąć Orkana, który zawsze tam był, tak jak i teraz. Nagle nad moją głową coś przeleciało. Szybko się odchyliłem i kazałem Ann klęknąć, bo wiem, że nie miała ze sobą żadnej broni. Wychyliłem się delikatnie i zauważyłem, że nad naszym balonem fruwają harpie. Dobrze, że już wylądowaliśmy, bo Annabeth mogła skryć się w koszu balona, a ja w spokoju mogłem stoczyć walkę na ziemi, gdzie czułem się o wiele pewniej niż w powietrzu. Szkoda tylko, że nie ma gdzieś w pobliżu wody. Ech to by było już spełnienie marzeń …
- Annabeth zostań tu, proszę…
- Nie Percy, chce pomóc!
- Nie masz czym walczyć, ukryj się tu i nie wychylaj, dam rade – powiedziałem i puściłem jej oczko. Zrezygnowana przytaknęła lekko głową i przykucnęła chowając się za krawędzią kosza. Nie wierzyłem, że poszło tak łatwo. Wiedziała, że ze mną nie wygra, ale myślałem, że będzie się dłużej wykłócała.
Szybko wybiegłem z naszego ukrycia, dzięki czemu zwróciłem na siebie uwagę atakujących nas stworzeń. Odblokowałem mój miecz i ciąłem w skrzydła pierwszą z nich, która zdążyła już sfrunąć wprost na mnie. Momentalnie rozsypał się na mnie złoty pył. Powtórzyłem tę czynność kilka razy. Gdy walczyłem z jedną z nich, dwie inne zaatakowały mnie od tyłu łapiąc moje ramiona i unosząc w górę. Próbowałem się wyrwać i mało co nie straciłem Orkana. Zamachnąłem się raz jeszcze i ciąłem jedną z nich w skrzydło. Zaczęła spadać w dół, a ponieważ druga nie mogła mnie utrzymać sama, powoli zaczęliśmy opadać w dół. Gdy dotknąłem już ziemi, chwyciłem mój miecz pewniej w ręce i zaatakowałem wciąż trzymającą mnie za rękę harpie. Odciąłem jej odnóża, a następnie pchnąłem mieczem wprost w jej brzuch przebijając ją na wylot, a po chwili widziałem już dobrze mi znany pył. Podbiegłem szybko do rannej harpii, która miotała się po tym, jak mnie puściła i opadła na ziemię. Wbiłem ostrze w sam środek piersi potwora, gdzie znajduje się serce, a potwór się rozsypał. Obejrzałem się dookoła i zauważyłem, że to już wszystkie. Idąc w stronę kryjówki Annabeth, zauważyłem ślady toczonej walki. Czyli mnie nie posłuchała i walczyła, tylko czym? Wchodząc do kosza zauważyłem skuloną Ann.
- Wszystko okej? Nic ci nie zrobiły? Nie zraniły cię?
- Tak, wszystko ok. Nie, nic mi nie zrobiły, przecież nie walczyłam, jak miały mnie zranić? Lepiej powiedz, czy z tobą wszystko w porządku.
- Po pierwsze, to mnie nie oszukasz, bo wiem, że walczyłaś, tylko nie wiem czym i mam nadzieję, że mnie oświecisz. A po drugie, to tak, ze mną wszystko w porządku.
- Ugh… skąd wiesz? – powiedziała zdziwiona i spuściła głowę.
- Nie widziałem jak walczyłaś, ale widziałem ślady walki koła balona, a ja tam nie stoczyłem ani jednej  walki skarbie – powiedziałem z uśmiechem na ustach. Chciało mi się śmiać, bo tak naprawdę nic się nie stało, a Ann potraktowała chyba moją uwagę, jakbym był zły. – Ale mniejsza. Wracajmy już do Obozu. Pewnie jesteś zmęczona.
- Tak wracajmy.
Otworzyłem drzwi od strony pasażera i zamknąłem po tym, jak dziewczyna już wygodnie siedziała. Obszedłem samochód i go odpaliłem.
- Będziemy musieli poinformować o tym Chejrona – powiedziała po chwili ciszy.
- Tak wiem, ale obawiam się, że przez to każdy obozowicz straci jakąkolwiek szanse na to, że na jakiś czas będzie mógł opuścić Obóz. Chejron nie wyrazi już na to zgody w obawie przed takimi atakami.
- Trudno, ważniejsze jest życie niż możliwość rozerwania się.
- Masz rację. A jeśli mowa i rozerwaniu to jak się dziś bawiłaś?
- Było naprawdę wspaniale. Nigdy nie miałam lepszych urodzin. Dziękuję – powiedziała, po czym nachyliła się i złożyła delikatnego całusa na moim policzku.
~ Annabeth ~
Po powrocie do Obozu Percy zabrał mnie na plażę. Siedzieliśmy tam do późna, a potem poszliśmy do jego domku. Bardzo mu zależało, żebym spała dziś u niego. Zgodziłam się, bo chciałam mu tym choć w małym stopniu podziękować za dziś. Gdy weszliśmy do środka, Percy wyjął z szafy dwie koszulki.
- Proszę – podał mi jedną. Wzięłam ją i poszłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic i wyszłam. Położyłam się na łóżku Percy’ego, a tym razem to on udał się do łazienki. Wykąpani leżeliśmy w łóżku i wspominaliśmy zarówno dzisiejszy dzień, jak i pozostałe sprzed 6 lat.
- Jeszcze raz dziękuję Ci za ten dzień. To był najpiękniejszy dzień w moim życiu i najlepsze urodziny jakie mogłam sobie kiedykolwiek wymarzyć.
- Nie masz za co dziękować księżniczko. Wszystko co dla ciebie robię, robię z miłością.
- Wiesz Percy, boję się tego co ma się wydarzyć…
- Ja też się boję i choćbym nie wiem jak starał się zapomnieć, nie wychodzi mi to. Tak bardzo boję się o ciebie, o Obóz, o naszych przyjaciół. – po tym jak to powiedział, stwierdziłam, że muszę mu powiedzieć o tym co mi się śniło tej nocy.
- Dziś rano, jak pytałeś czy wszystko okej, powiedziałam, że tak, bo nie chciałam cię martwić. Tak naprawdę znów miałam koszmar. Był bardzo nie wyraźny i w sumie ledwo widziałam dwie osoby, ale słyszałam ich rozmowę. Jedna postać była zakapturzona, a drugiej twarzy nie widziałam, bo stała tyłem, ale słyszałam jak mówił do tej pierwsze „pani”. Była mowa o naszych treningach, o tym, że musisz umrzeć i o jakiejś przepowiedni. To było bardzo dziwne, bo przecież nie wiadomo ci stało się z Apollo, a Rachel od dawna nie ma już wizji. Przynajmniej tak mi się wydaje, nie kontaktowała się ostatnio z nami. Najgorsze było to, jak powiedzieli, żebyśmy się nacieszyli ostatnimi chwilami, bo ty niedługo zginiesz, a ja miałam sen jak ty umierasz, a ja nie mogę nic zrobić i zostaję pojmana. – zaczęłam płakać na wspomnienie tego snu.
- Annabeth nie płacz, proszę. Ten sen wcale nie musi się spełnić. Ja będę uważał i nie pozwolę cię skrzywdzić. Mi śniło się jak zostałaś pojmana i byłaś cała poobijana, przywiązana do jakiegoś słupa.
- Wydaje mi się, że powinniśmy powiadomić o tym Chejrona. Nauczyłam się już, że jak się coś istotnego przed kimś ukrywa, to się potem źle kończy…
- Tak, ale to już jutro, teraz śpij, Dobranoc – powiedział i pocałował mnie w czoło.
- Dobranoc - odpowiedziałam i wtulając się w jego ciepły tors usnęłam.
***
Nad ranem obudziły mnie promienie słońca przedzierające się przez odsłonięte okna. Chciałam się przeciągnąć, ale ręce Percy’ego owinięte wokół mojej talii mi to uniemożliwiły. Spojrzałam na chłopaka, który w dalszym ciągu słodko spał. Delikatnie uniosłam jego rękę i weszłam do łazienki, aby wziąć szybki prysznic. Zabrałam swoje szorty, które zostawiłam tu po ostatnim incydencie, obozową koszulkę i weszłam to niedużego pomieszczenia.
Gdy ubrana wyszłam do pokoju Percy stał przed szafą wybierając ciuchy na dziś. Zauważyłam, że łóżko było już pościelone, więc musiał wstać trochę wcześniej.
- Dzień dobry – powiedział i cmoknął mnie w usta
- Hej – odpowiedziałam
- Jak się spało?
- Cudnie, chciałabym tak częściej wstawać – powiedziałam z uśmiechem
- Musisz jeszcze trochę poczekać – mrugnął – a na razie zaczekaj na mnie, wezmę prysznic i pójdziemy na śniadanie.
- Okej – odpowiedziałam krótko i usiadłam na łóżku chłopaka.
Po 10 minutach wyszedł wykąpany i ubrany. Splątaliśmy nasze palce i ruszyliśmy na śniadanie, na które i tak byliśmy już spóźnieni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz